Informacje praktyczne

Witamy na stronach
V Międzynarodowej Pieszej Pielgrzymki

z Koszyc (Słowacja) do Krakowa Łagiewnik

13-21 lipca 2018 r. (od soboty do soboty)
250 km w 8 dni

 

Organizator pielgrzymki: polscy salwatorianie posługujący na Węgrzech.

Jak mam zgłosić swój udział w pielgrzymce?
W drugiej połowie czerwca 2015 wyślij e-mail na adres:
milosierdzie (at) pielgrzymka.org
Jak i gdzie mogę się zapisać na pielgrzymkę?
W szkole w Koszycach (albo w dowolnym dniu po dołączeniu do pielgrzymki na trasie)
Informacje: milosierdzie@pielgrzymka.org

W pielgrzymce samodzielnie mogą brać udział tylko osoby pełnoletnie.
Osoba niepełnoletnia może pielgrzymować tylko za pisemnym pozwoleniem rodziców oraz pod opieką osoby pełnoletniej.

Na pielgrzymce dziennie pokonujemy pieszo ok. 24–36 km bez względu na pogodę, po różnej nawierzchni, nie tylko asfaltowej.
W czasie pielgrzymki rezygnujemy z palenia papierosów i spożywania alkoholu, ze słuchania radia, muzyki itp. Telefon używamy tylko wieczorami. W czasie drogi zachowujemy porządek.

Wyposażenie pielgrzyma: duży plecak, mały plecak (dzienne wyposażenie), rozchodzone, wygodne buty, buty na zmianę, śpiwór, kapelusz przeciwsłoneczny, płaszcz przeciwdeszczowy, dokumenty, u (osobiste,  ubezpieczenie itp.), różaniec, latarka, karimata.

 

Ubranie: grube i cienkie skarpetki, ciepły sweter, podkoszulki, koszula z długim rękawem, bielizna, spódnica lub spodnie (przynajmniej do kolan), ubranie świąteczne na wejście do Sanktuarium

 

Różne: własne lekarstwa (w odpowiedniej ilości), bandaż, opaska elastyczna, przybory toaletowe, papier toaletowy, naczynie na jedzenie (kubek lub głęboki talerz), łyżka, pojemnik na wodę, nóż.

 

Nocleg: Najczęściej w salach szkolnych (osobno bracia i siostry) na podłodze. Czasem rodziny mogą nas zaprosić do swoich domów. Nie trzeba mieć namiotu. W Krakowie możemy zamówić nocleg w pensjonacie, blisko Bazyliki. Pielgrzymka kończy się w dzień Mszą św. w Krakowie Łagiewnikach.

 

Zaopatrzenie: Zabezpieczony będzie chleb, masło, warzywa oraz herbata i woda. Codziennie będzie gotowany obiad. Poza tym każdy przywozi ze sobą prowiant. Nie zawsze będzie możliwość zakupienia jedzenia po drodze.

 

Toaleta: Na koniec dnia na noclegu można skorzystać ze szkolnych pryszniców (jednego dnia myjemy się w miskach).

 

Przewożenie bagażu: Duży bagaż będzie przewożony samochodem pielgrzymkowym z noclegu na kolejny nocleg. Rano, po noclegu, po zdaniu bagażu na auto transportowe dostęp do bagażu będzie możliwy dopiero na następnym noclegu. Podczas marszu ze sobą niesiemy mały plecak z podręcznym wyposażeniem (jedzenie, picie, koronka, naczynie na jedzenie i picie, płaszcz przeciwdeszczowy itp.)

 

Opieka medyczna: w pielgrzymce bierze udział lekarz, z którego pomocy będzie można skorzystać w razie potrzeby. Osoby, które przyjmują leki powinny zabrać ze sobą odpowiednia ich ilość. Osoby, które z powodów zdrowotnych nie będą mogły iść z grupą mogą liczyć na podwiezienie samochodem na nocleg.

 

Podróż: Dojazd własnym autem od granicy Polski (Piwniczna) do miejsca wyjścia pielgrzymki - Hidasnemeti (lub na miejsce spotkania z pielgrzymką) - we własnym zakresie. Pielgrzymka kończy się w Mszą św. w Krakowie Łagiewnikach.

 

Ubezpieczenie: Każdy, kto pielgrzymuje w obcym państwie, musi mieć przy sobie Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego (można ją otrzymać w oddziałach NFZ) jak również musi wykupić ubezpieczenie turystyczne (na okoliczności, których nie dotyczy Europejska Karta Ubezpieczeniowa). Uzyskanie ubezpieczenia i Karty jest warunkiem udziału w pielgrzymce.

 

Służby pielgrzymkowe: Każdy pielgrzym ma możliwość w organizowaniu życia w pielgrzymce przez zaangażowanie w służbach pielgrzymkowych: muzycznej, modlitewnej, porządkowej, pakowanie bagaży na samochód, sprzątanie na postojach i noclegach.

Galeria siostry Csilli i brata Zoli z roku 2014
Galeria brata Zoli z roku 2013
Galeria siostry Veroniki
z roku 2012
Galeria brata Zoli z roku 2012
Galeria z roku 2
011: dzień (nr dnia pielgrzymki):  1, 23456789.

 

Czemu nie z Węgier przez Słowację do Krakowa?

Na informację o Pielgrzymce z Węgier do Krakowa Łagiewnik natknąłem się w internecie. Pierwsza myśl to zaskoczenie, że do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach idą Węgrzy i Słowacy. I jedni i drudzy zasługują na szczególną sympatię i włączenie się Polaków. Już wcześniej planowałem pielgrzymkę w 2013 r. Więc czemu nie z Węgier przez Słowację do Krakowa? Czy poradzę sobie z odcinkami powyżej 30 km dziennie po wyjęciu śrub i stabilizatora z blachy, który przykręcono mi zamiast gipsu po połamaniu nogi (śmieję się, że po zdjęciu metalu stałem się mniej ociężały, ale bez żelaznego zdrowia)? Mam 63 lata. Kilka lat wcześniej szedłem szlakiem św. Jakuba. Postanowiłem zaryzykować.

Dojazd z Łodzi do Koszyc z trzema przesiadkami zajął mi cały dzień. Ten dzień to był też dla mnie dzień ścisłego postu – taką decyzję podjąłem przed wyjazdem. Na peronie dworca kolejowego w Koszycach czekał już na nas Ojciec Andrzej, Salwatorianin w czarnym habicie. Wysoki, trudno go było nie zauważyć. Oprócz kilku osób z pociągu, dotarły też dwie dziewczyny z Łodzi, które jak się okazało, dojechały do Piwnicznej, pieszo przeszły na Słowację i dojechały do Koszyc autobusem. O. Andrzej mikrobusem przewiózł nas przez granicę słowacko-węgierską do Hidasnemeti, gdzie w szkole czekał na nas prysznic i nocleg w szkole.

Rano szybkie śniadanie na stojąco przygotowane przez pielgrzymów z Węgier. Pielgrzymi węgierscy stanowili na starcie większość (około czterdziestu osób). Okazało się, że jest z nimi jeden Rumun. Znakomicie przygotowani, mieli gitarę, skrzypce i flet, co bardzo ubogaciło śpiewy religijne na trasie i w świątyniach. Niespodzianka – wieczorne tańce pod kierunkiem wodzireja Ojca Andrzeja wodzirej.pl. Ojciec Stanisław, polski Salwatorianin od lat posługujący na Węgrzech był nie tylko świetnym organizatorem, ale i tłumaczem. Dotarł też O. Andrzej Pacholik, który prowadził modły i katechezę w językach polskim i słowackim, gdy O. Andrzej Waśko z GPS-em w dłoni wiódł nas drogami asfaltowymi, polnymi i leśnymi. Po drodze dołączali do nas kolejni pielgrzymi słowaccy, a później polscy.

Trasa została świetnie zaplanowana. Cztery oddychy (postoje po słowacku) dziennie, w tym jeden połączony z mszą i obiadem pozwalały zregenerować siły. Ciężki bagaż podróżował samochodem, który nam towarzyszył. Na Szlaku św. Jakuba w Hiszpanii, czy na trasie Via Jasna w Polsce (patrz www.pielgrzymkaindywidualna.pl ) trzeba było wszystko „targać” w plecaku. To z kolei wymuszało skrócenie etapów (w Hiszpanii). Poza tym, gościnne poczęstunki po drodze, które często przerastały skromne oczekiwania pielgrzyma. Szczególnie zapamiętałem wspaniałą kuchnię O.O. Cystersów w Szczyrzycu.

Ujmując krótko; niesamowite przeżycia duchowe, poznanie wielu miejsc i ludzi. To wszystko zwieńczone finałowym celem, jakim było dojście do Krakowa Łagiewnik. Było warto!!!

Pielgrzym Ryszard z Łodzi, 2013 r.

 

 


Z Węgier na piechotę

 

Czy piesze pielgrzymki są jedynie polską specjalnością? Czasem chcemy tak myśleć. Ale pielgrzymki są wpisane w historię całego Kościoła, a właściwie były dużo wcześniej. Przecież już „Abram udał się w drogę, jak mu Jahwe rozkazał" (Rdz 12,4), już Naród Wybrany pielgrzymował do Kanaan, Ziemi Obiecanej.
    Ale dzisiaj nie o Biblii będzie mowa, a o Pierwszej Pieszej Pielgrzymce z Węgier do Krakowa-Łagiewnik. Dla tych, co koniecznie chcą widzieć polskie akcenty, jest dobra nowina - pomysłodawcą jest polski ksiądz, salwatorianin Andrzej, a organizatorem - polski ksiądz, salwatorianin Stanisław. Trzecim księdzem, który szedł w pielgrzymce, był także Polak, drugi Andrzej, też salwatorianin. Oprócz nich z Polski były jednak tylko trzy osoby świeckie. Kilkudziesięciu pielgrzymów to Węgrzy, do których po drodze dołączyła grupa Słowaków i w takim składzie weszliśmy do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia i św. Siostry Faustyny w Krakowie 2 lipca 2011 roku.
    Boże Ciało 2011. Jedziemy z Polski na Węgry, dołączyć do pielgrzymki. Przekraczamy pierwszą granicę i z zaciekawieniem spoglądamy na mijane kościoły. Świętują Słowacy Boże Ciało, czy nie świętują? Jak najbardziej: baldachimy, sztandary, świece, kwiaty. Procesja. Przekraczamy drugą granicę i już za chwilę dojeżdżamy do Hidasnemeti na nocleg w szkole. Jest już szarówka. Pierwsza modlitwa w pobliskim kościele. Pierwsze spotkanie pielgrzymów. Przedstawiamy się sobie, a ks. Stanisław cierpliwie tłumaczy z węgierskiego na polski i z polskiego na węgierski. Słowaków jeszcze nie ma. Dla każdego pielgrzyma rozpiska trasy, krótka modlitwa i pierwszy nocleg. Podłoga, karimata, śpiwór. Jak każdej następnej nocy, w następnych szkołach. Tylko Polacy potrafią w każdych warunkach? Tak kiedyś słyszałam. Mity. Pielgrzym jest pielgrzym. Taki gatunek człowieka: gotowy na wszystko.
    Rano śniadanie. Umówmy się, że to był „szwedzki stół”. Bardzo się umówmy :)) W każdym razie na stojąco i każdy sam sobie szykuje. Potem poranna modlitwa. I w drogę. Rozpoczynamy nasze pielgrzymowanie przez trzy kraje. Do Polski. Do Krakowa.

 

Doświadczenia językowe

 

Pierwsze wrażenie? Węgrzy to w miarę normalni ludzie. Byliby całkiem normalni, gdyby nie ten język. No bo czy całkiem normalni mogą być ludzie, którzy na przykład piszą:
„Urunk, Te megszabadítottál
bilinsceinktöl és önmagunktól:
Krisztus, a Megváltónk testvérünk lett,
Szeretni Ö tanított minket. Abba, Atyánk!”
    Mogłabym zacytować więcej, ale mam w sercu trochę miłosierdzia dla czytających. A zapewniam, że wymowa tych słów wcale nie wygląda lepiej. I nie usprawiedliwia Węgrów nawet to, że jest to zwrotka znanej nam dobrze pieśni „Abba Ojcze” :)) 
- Jest śpiewnik! - ucieszyłam się, gdy zaczęli śpiewać. Radość trwała krótko. Tego przecież nie da się ani zaśpiewać, ani nawet przeczytać. Trudno. Trzeba będzie z tym jakoś żyć :)) Z czasem doszłam do tak wielkiej wprawy w nierozumieniu języka współpielgrzymów, że nawet gdy księża podczas liturgii mówili po polsku, to ja i tak wiedziałam, że nic nie rozumiem i spokojnie nie słuchałam ;))

 

Serdeczne przyjęcia

 

Co mają w sobie pielgrzymi, że są tak serdecznie witani i pozdrawiani przez mieszkańców miast i wiosek, które mijamy po drodze? Ręce bardziej bolą niż nogi, bo machać przecież trzeba, skoro i oni machają. Jesteśmy już na Słowacji. Postój w Kechnec, potem trasa do Gynova. Woła mnie kilka słowackich kobiet, stojących przy drodze. Po doświadczeniach językowych z Węgrami myślę sobie: no po co mnie wołacie? I tak nie pogadamy. Chwilę później okazuje się, że jak najbardziej. Ze Słowakami pogadamy.
- Dokąd idziecie?
- Do Polski, do Krakowa, do Łagiewnik, do Jezusa Miłosiernego.
- Gdzie to jest, ten Kraków? - pyta jedna z kobiet. - Przecież nie do tego Krakowa w Polsce?
- Do tego, przecież pani nam mówi, że do tego, nie słuchasz – strofuje ją koleżanka.
- Ale na piechotę do Polski?
- No, na piechotę .
    Jedynym słowem, z którym miałam kłopot na Słowacji to „Węgry”. Nikt nie wie co to „Węgry”. Jak mam to wytłumaczyć? Wreszcie ktoś spytał, czy to madziarska pielgrzymka. Nareszcie. Potem już wiedziałam, jak mówić.
    A potem już na wyrywki zaczynają opowiadać o swoich pielgrzymkach, do Lewoczy, do Maryi. Wybierają się za kilka dni. O tej pielgrzymce mówią potem wszyscy i w innych wsiach, i miasteczkach. Widać, że to dla nich jest ważne, że tym teraz żyją.
    Słowacy bardzo chętnie rozmawiają. W innych miejscowościach, gdzie się zatrzymujemy, wszyscy wiedzą o węgierskiej pielgrzymce. A wszyscy Słowacy we wszystkich miejscowościach zgodnie mówią, znajdując u mnie ogromne zrozumienie:
- Z Madziarami to my się nigdy nie dogadamy. Nie wiemy co mówią. A z wami, Polakami, to możemy gadać o wszystkim, na każdy temat. My się zawsze zrozumiemy.
    I to była prawda. Z księdzem „pogadałam” o teologii, z dyrektorem szkoły o historii okolicy i Janie Pawle II, z napotkanymi ludźmi o „wszystkim”. W sumie dobrych kilka godzin rozmów. No i czytać też się da.
„Zdravas Panna ružencová, matka Ježiša
tvoj Syn krstom v Jordáne nám svetlo prináša”.
    Wszystko zrozumiałe. Chociaż tak sobie myślę: skoro już ta wymowa tak bliska jest językowi polskiemu, no to mogliby już całkiem nauczyć się mówić po polsku, prawda? A nie, żeby się trzeba z uwagą domyślać niektórych słów ;))

 

Idziemy dalej

 

Jest Gynov. Droga prowadziła wzdłuż torów, po błocie, co dobrze widać po butach i spodniach. Dla pielgrzymów nic dziwnego. Dobrze, że z góry nie padało. Poczęstunek w Domu Kultury i idziemy dalej. Do Valaliky. Tempo szybkie, ale dajemy radę. Obiad i wiśnie. I odpoczynek. Już więcej niż połowa drogi dzisiejszego dnia. Coraz bliżej Koszyce, gdzie w katedrze, w największym kościele na Słowacji będzie Msza święta i nocleg. Msza po węgiersku oczywiście, choć było i słowo po polsku. Do szkoły, w której będziemy nocować, tylko 15 minut, ale u drzwi koszyckiej katedry powitał nas ulewny deszcz. Choć opakowani w peleryny, jednak czekamy, aż się przejaśni. W jakiejś przerwie, pomiędzy kroplami, udało się dotrzeć do szkoły przed kolejną ulewą. W deszczu odbieramy bagaże.

 

Dzień się kończy, ale jeszcze nie skończył

 

Kolacja. Pokrojony chleb, warzywa, dodatki do chleba leżą na stole. Nie ma wyznaczonej godziny kolacji, co bardzo ułatwia korzystanie z łazienek, na zmianę z jedzeniem. Niektórzy, zmęczeni, dość szybko załatwiają obie sprawy i zamykają się w śpiworach. Ilu pielgrzymów miało za chwilę mocne przebudzenie? Trudno powiedzieć. Gitara ks. Stanisława wywołała ludzi z pokoi. Gdy już przyniesiono ławki i krzesła, i wygodnie się na nich usadowiliśmy – kolejna niespodzianka dla niewtajemniczonych. Ks. Andrzej zarządza... wyniesienie ławek i krzeseł. Jeśli ktoś nie był na pielgrzymce i wyobraża sobie w tej chwili biednych, umordowanych ludzi, zmuszanych przez kler do niekoniecznych dodatkowych kroków, to faktycznie nic o pielgrzymce nie wie. Zmęczenie? Oczywiście, że tak. 31 km w nogach. Ale pielgrzymi to, jak pisałam, inny gatunek człowieka :))  Właśnie ks. Andrzej zarządza... tańce! Te dźwięki budzą już prawie wszystkich. Choć Krysia mówiła potem „byłam pewna, że mi się to śniło” :)) Na drugi dzień już nie odpuściła.
    Na zewnątrz ulewa. W małym pomieszczeniu trochę się poszturchaliśmy przy okazji. Ale dla pielgrzymów nic to. Radośniej było. Kroki w lewo, prawo, obroty, okrzyki, przytupy. Żadne tam walce, tanga i inne krakowiaki. Ks. Andrzej jest wodzirejem (wesela, prymicje, jubileusze) i doskonale wie, że najważniejsze jest, aby się wszyscy bawili. Jak on to robi, że nikt nie stoi pod ścianą? Choć wcześniej było uroczyste liczenie bąbli...
    Jeszcze chwila modlitwy i błogosławieństwo. Skończył się dzień pielgrzymowania.

 

Dzień drugi

 

Po deszczu ani śladu. Śniadanie i w drogę. Tachanovce. Potem Kostol'any nad Hornadom. Sobotnie sprzątanie kościoła.
- Madziarka?
- Nie, Polka.
- O, jak dobrze, bo Madziarów nie rozumiem, a polski jak swój – cieszy się kobieta. Za chwilę przynosi coś słodkiego i wodę do picia. Krótka pogawędka. Chwilę później na powitanie pielgrzymów dzwonią dzwony, a gospodarze ugościli nas pysznym ciastem. I następny odcinek drogi - tym razem w deszczu (ale na co są peleryny?).
    Kolejny odpoczynek – Obisovce. „Svätá Omša” i obiad. I wiatr. I świszczący dach. I już niedaleko na nocleg, ale po drodze Ruske Pekl'any. Przepyszne pączki, świeża woda – a potem burza, ulewa i grad. Kościółek to dobre schronienie. Szosą płynął rwący strumień, ale za chwilę ostatnie krople i już idziemy na nocleg w Radaticach.
    Na pielgrzymów czekał dyrektor szkoły i kilku jej pracowników. Dyrektor z ogromną radością opowiadał o historii okolic. Radatice, to połączona nazwa dwóch wsi, które teraz tworzą jedną większą. Są tu dwa kościoły, a pierwotny ołtarz jednego z nich (tryptyk św. Anny) jest teraz w Narodowej Galerii w Budapeszcie. Szkoła zarządzana przez Kościół, krzyże na ścianach.
    Kolacja i kolejny taniec zaproponowany przez wodzireja, ks. Andrzeja. Miejsca dużo, bo w ogrodzie, na trawie. I wspólna modlitwa w szkolnej kaplicy, na którą zeszli się mieszkańcy wsi. Woziliśmy ze sobą relikwie s. Faustyny, więc i miejscowi mieli okazję uczcić je pocałunkiem. Wspólne zdjęcie. I zasłużony sen.

 

Dzień trzeci

 

Nie, proszę się nie bać. Nie będę opisywać ze szczegółami każdego dnia. Dla czytających każdy dzień wyglądałby tak samo. Śniadanie, droga, odpoczynek, droga, Msza święta, droga, obiad, droga. Taniec, modlitwa i sen. Dla pielgrzymów jednak każdy dzień jest inny. Inny problem z nogami i inna pogoda. Tylko przyjęcia niezmiennie serdeczne. Może jeszcze tylko ciekawostka. W Svinii budują kościół Miłosierdzia Bożego, pielgrzymka więc do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego była wydarzeniem dla parafian. Ksiądz, niezwykle oddany sprawie, obiecuje, że w przyszłym roku kościół już będzie, a może i dołączą pielgrzymi ze Svinii do Krakowa?
    Słowacy dołączyli do pielgrzymki w Torysie. Zrobiła się już duża grupa. Tylko Polska przywitała pielgrzymów deszczem. Pierwszy dzień deszcz, drugi dzień deszcz, trzeci dzień deszcz... Pielgrzymi pytali, czy u nas tak zawsze pada. Ale w dzień wejścia do sanktuarium Miłosierdzia Bożego Jezus był miłosierny dla pielgrzymów. Było słońce.

 

Organizacja

 

Pamiętam, kiedy padła pierwsza propozycja pielgrzymki. Czasu nie było wiele. Wydawać by się mogło, że wszystko może być niedopracowane, jakieś wpadki organizacyjne byłyby normalne. Nie, nic z tych rzeczy. Sztandary, śpiewniki, noclegi, posiłki - ks. Stanisławowi za organizację należy się piątka z plusem. Tę samą ocenę trzeba wystawić ks. Andrzejowi za poprowadzenie pielgrzymów wyznaczonym szlakiem. Niech żyje GPS :)))

 

A gdzie tu modlitwa?

 

Ktoś mi zarzuci, że nic o modlitwie. Była, była. Ale każdy, kto pielgrzymował, wie jak to jest. Czasem, uduchowieni, nie możemy pomieścić radości w sercach. Czasem szczytem możliwości jest bezrefleksyjne odmawianie zdrowasiek różańca. A czasem? Czasem w zmęczeniu zapomina się, że Bóg istnieje. A przecież nawet wtedy towarzyszy nam modlitwa. Albo modlitwa innych ludzi. Albo każdy nasz krok staje się modlitwą.

 

Pożegnanie

 

Łagiewniki. Koronka do Miłosierdzia Bożego, Msza święta w kaplicy św. Siostry Faustyny w podziemiach bazyliki. I już pożegnanie. Skończyła się Pierwsza Piesza Pielgrzymka z Węgier do Łagiewnik. Około 280 km, 9 dni. Za rok, na przełomie czerwca i lipca, kolejna. Serdecznie zapraszam.

              Uczestniczka pielgrzymki
              Kraków, 5 lipca 2011
 

 

Czekając na pielgrzymkę już teraz można się wybrać na szlaki camino Santiago de Compostela w Polsce.

Drodzy Pielgrzymi, słuchajmy i uczmy się śpiewać (pięć pierwszych pozycji poniżej):

Koronka do Miłosierdzia Bożego
Okaż mi Boże Miłosierdzie swoje
Zaufaj Panu już dziś
Ufam Tobie Miłosierny...
Podnieś mnie Jezu i prowadź do Ojca
Oblicza miłosierdzia
Jan Paweł II w Krakowie Łagiewnikach
Ostatnia deska ratunku


----------------------

Podróżnik nigdy nie zazdrości drugiemu większego bagażu.
Autor: Arek Recław

 

Gdy obciążamy się nadmierną liczbą przedmiotów – stajemy się ich niewolnikami. W konsekwencji przestają nam one służyć, lecz to my zaczynamy służyć im. Ciężko pracujemy, by zarobić na nowe regały i szafy, a w końcu na większe mieszkanie, które zamiast domem stanie się jedynie magazynem, by pomieścić coraz większą liczbę przedmiotów.

 

Nasz kraj przechodzi fazę narkotycznego odurzenia konsumpcją i dogłębnym przekonaniem, że to, co nas oddziela od pięknego i szczęśliwego życia, to posiadanie.

 

Absolutnym priorytetem jest zdobywanie środków finansowych na pozyskanie dużej ilości dóbr materialnych. Ten system myślenia praktykowany jest przez wielu ludzi bez zastanowienia. Na szczęście pojawiają się głosy sprzeciwu, które próbują prowokować dyskusje o „religii konsumowania”. Jednym z takich głosów jest MINIMALIZM. I nie ma lepszego momentu na bliższe jego poznanie niż Święta, podczas których ludzie coraz mniej myślą o narodzinach Boga, a coraz więcej o wielkiej orgii konsumpcji.

 

Podróżnik nigdy nie zazdrości drugiemu większego bagażu. To idealny opis życiowego minimalizmu, bo życie to podróż.

 

I to podróż bardzo niebezpieczna. Dlatego zabezpieczamy się na nią wszystkimi możliwymi sposobami. W efekcie podróżujemy objuczeni gigantycznym bagażem. Czujemy się bezpieczniej, ale zarazem stajemy się niewiarygodnie zmęczeni i zestresowani. Podróż zamiast sprawiać nam przyjemność – staje się nieznośną torturą.

 

Często podkreślam, że minimalizm to nie asceza, ale świadomość, że z mniejszym bagażem żyje się przyjemniej.

 

Żeby to sobie lepiej uzmysłowić, porównuję świadomość posiadania odpowiedniej liczby przedmiotów do świadomości posiadania odpowiedniej liczby kilogramów naszego ciała. Minimalizm nie mówi: bądź chudy jak wiór. Minimalizm mówi, że mamy tendencję do tycia i tendencję do nadmiaru, więc bądźmy ostrożni. Gdy obciążamy się nadmierną liczbą przedmiotów – stajemy się ich niewolnikami. W konsekwencji przestają nam one służyć, lecz to my zaczynamy służyć im. Ciężko pracujemy, by zarobić na nowe regały i szafy, a w końcu na większe mieszkanie, które zamiast domem staje się jedynie magazynem, by pomieścić coraz większą liczbę przedmiotów

 

A czy w takim razie, skoro minimalista traktuje przedmioty jak nadmierne kilogramy ciała, to nie tylko nie cieszy się, że je ma, ale próbuje się ich pozbyć? Dokładnie!

 

Pozbywanie się przedmiotów (wbrew pozorom) wcale nie jest łatwym zadaniem (tak samo zresztą jak pozbywanie się nadwagi). Wiele przedmiotów niesie ze sobą wartość sentymentalną: prezenty, pamiątki – to pozytywne skojarzenia. Na dodatek, nawet jeśli nie używamy czegoś od wielu lat, to mamy lękowe przekonanie, że „a może się przyda”. Gdyby nasze odłączanie się od góry niepotrzebnych rupieci było proste – nikt nie tworzyłby idei minimalizmu. Ona jednak powstała i potrafi pomóc. Powoli odtruwa nasz organizm z chciwości. Pomaga też w walce z czymś, co jest jedną z największych zmór nowożytnego społeczeństwa – z marketingiem.

 

Marketing obejrzany pod mikroskopem to nic innego jak wmawianie ludziom, że są nieszczęśliwi. „Dobre” kampanie potrafią wmówić bardzo szczęśliwemu człowiekowi, że nie ma powodów do szczęścia, że coś mu się pomyliło, że przecież powinien być smutny i cierpieć.

 

W ten sposób rozbudzają się nasze pragnienia, a marketing od razu podaje rozwiązania, jak je zaspokoić. A faktycznie jest tak, że marketing zabiera nam szczęście i mówi, że je odda, jak spełnimy jego warunki – tak to działa na nasze mózgi. I to działa doskonale, i na wszystkich. Osoby, na które marketing działa najlepiej, to te, które twierdzą, że „na mnie to nie działa”. Marketing „już ich ma”. Wygrał najważniejszą batalię, wmówił, że jest niegroźny. W tym momencie marketing operuje już tak wnikliwymi badaniami, że może sprawić, że zaczniemy się pocić w chłodny i wietrzny dzień. Jedyna broń to świadomość, jak bardzo marketing jest skuteczny. A najlepsze wzmocnienie odporności to odwrócenie swoich pragnień. Zamiast pragnąć mieć dużo, zacznijmy pragnąć mieć mało. Zamiast marzyć o nowych ubraniach, garnkach czy samochodach – zacznijmy marzyć o tym, żeby w końcu pozbyć się tego, co zagraca nam szafy. Zacznijmy wdrażać minimalizm.

 

Boże Narodzenie to doskonały moment, by zaprzyjaźnić się z minimalizmem. Można też ograniczyć ten eksperyment tylko do Świąt. To, co się dzieje z konsumpcją w tym czasie, przekracza już wszelkie definicje szaleństwa. Proponuję poczytać o przychodach galerii handlowych w ciągu roku. Te świątynie konsumpcji nigdy by nie powstały – gdyby nie Święta. Grudzień nie jest najlepszym miesiącem – jest tak ważnym miesiącem, jak wszystkie inne razem wzięte. Ciekawe, jaką minę ma Jezus, kiedy widzi to, co się dzieje przez świętowanie Jego urodzin? Ilu ludzi ciężko pracuje cały rok, bierze kredyty, nie spędza czasu z rodzinami, nie robi tego, co naprawdę lubi, tylko po to, aby kupić mnóstwo głupich rzeczy w grudniu, z których większość później po prostu zaśmieca im domy, a w konsekwencji i naszą planetę? A ile środków trzeba było zużyć, aby te głupoty wyprodukować, przetransportować, magazynować? Rodzi się pytanie: dlaczego specjaliści od marketingu dali radę aż tak nas „świątecznie” ogłupić?

 

Jak zacząć świąteczny minimalizm? Tylko i wyłącznie od siebie i ze sobą!

 

Jest wiele osób, które liczą na nasze prezenty (np. dzieci) i zaczynanie od nich swojej minimalistycznej przygody byłoby po prostu okrutne. Dzieci w polskich domach toną w zabawkach. Efekt jest taki, że nie potrafią się bawić żadną. Ale to nie ich wina. Serce z natury nie jest nastawione konsumpcjonistyczne. To tylko przykład rodziców, którzy ciągle chcą mieć wszystkiego więcej, wypacza pragnienia dzieci. Dajmy im inny przykład i… cierpliwie czekajmy na efekty. Póki co zróbmy świąteczne prezenty tym, którzy na nasze prezenty liczą, ale sami ogłośmy wszem i wobec, że prezentów nie chcemy. Jeszcze lepsze rozwiązanie, to podanie numeru konta organizacji społecznej, która robi coś dobrego, i informacja: chcesz zrobić mi prezent, to wpłać coś na to konto. Uwaga! Na początku nikt wam nie uwierzy. Mówię to z doświadczenia. Będą myśleli, że kokietujecie, że zgrywacie skromnych i wspaniałomyślnych, a tak naprawdę oczy będą wam „piszczeć” z radości na nowy telefon, czy piękną filiżankę do kawy. A najgorzej byłoby, jeśli rzeczywiście mieliby rację! Nie ma nic gorszego niż minimalizm „na siłę”, pozorowany. Jeśli udaję minimalistę, a tak naprawdę marzę o tysiącu nowych przedmiotów, to w końcu wybuchnę i… kupię ich jeszcze więcej, niż gdybym w ogóle nie był minimalistą. Ale jeśli naprawdę uwierzycie w sens minimalizmu, jeśli naprawdę uznacie, że posiadacie za dużo, że czas redukować, a nie powiększać, jeśli naprawdę nie chcecie prezentów to: powtarzajcie to rodzinie i znajomym dobitnie. Kilka razy. Zapytajcie, czy zrozumieli, czy naprawdę nic nie kupią. Część z nich i tak kupi. Dlaczego? Ponieważ was kocha i w konsumpcyjnym świecie nie zna innego sposobu okazywania swoich uczuć. Ponieważ uważa, że szczęście można osiągnąć tylko przez posiadanie, i chce wam to szczęście dać.

 

Ale przygoda z minimalizmem pokaże wam wiele nieodkrytych jeszcze prawd o dzisiejszym świecie. I może zaczniecie wtedy pokazywać innym, że można żyć inaczej.

 

Arek Recław
www.odnowa.jezuici.pl

© 2014, Mercy Pilgrim